czwartek, 7 maja 2020

Bitwa Pięciu Królestw - XXIII



XXIII



Nie mógł już słuchać wywodów Alexandra. Naciągnął na głowę kołdrę i zacisnął zęby, by nie odpowiedzieć czegoś, co mogłoby wszcząć kolejną awanturę. Jedną już mieli za sobą. Samuel siedział na ziemi, nie odzywając się ani słowem. Za to wampir nie przestawał gadać nawet na chwilę.
– Masz pojęcie, jak wielkie ryzyko się z tym wiąże? Cena za takie zaklęcie może być równowartością twojej duszy, Tom! Dlaczego jesteś taki bezmyślny?! – krzyknął, podchodząc do niego i ściągając mocnym szarpnięciem kołdrę z łóżka. Czarodziej podniósł się do siadu, zerkając na Alexandra ze zdenerwowaniem.
– Obiecałem sobie, że zapobiegnę tej wojnie – powiedział, zaciskając pięści. Był mocno zdenerwowany. Wampir usiadł przy nim, starając się opanować swoją złość. Kiedy jednak zerknął na Toma i jego zaciętą minę, nie wytrzymał.
– Na Boga, Tom! Myślisz, że twoja ofiara cokolwiek zmieni?! Jak tylko skończy się wojna, zacznie się głód, epidemie i masowe migracje! Ludzie i tak będą umierać i żadne poświęcenie ich przed tym nie uchroni. Wycofaj się ze swojej deklaracji, póki masz jeszcze taką szansę. – Wilkołak uniósł głowę i spojrzał na nich dziwnie spokojnie. – Samuel, powiedz coś, zanim do reszty oszaleję przez tego głupca! – warknął wampir, ponownie wstając na nogi. Zaczął maszerować w kółko po małym pomieszczeniu. Samuel wstał i założył ramiona na piersi. Patrzył na Toma z dezaprobatą, ale nadal milczał.
– No co? – warknął zniecierpliwiony czarodziej, nie wytrzymując spojrzenia mężczyzny. Samuel odetchnął głębiej, a moment później powiedział:
– Nie masz nic do stracenia, co? – Toma zakłuło coś boleśnie w piersi, ale nie pokazał nic po sobie. Odwrócił tylko głowę, wpatrując się z zaangażowaniem w ścianę, jakby miała w sobie coś wartego uwagi. – Patrz na mnie, jak do ciebie mówię – warknął mężczyzna i uderzył pięścią w drzwi za sobą. Tom aż podskoczył, przestraszony. Zaraz jednak poczuł zalewającą go wściekłość.
– Nie mam zamiaru być pierdolonym dodatkiem do twojego wymarzonego życia – syknął, patrząc na wilkołaka ze złością. Samuel przybrał trochę inną, zbolałą minę, ale zaraz zdenerwował się jeszcze bardziej.
– Myślisz, że chcę tak żyć?! Gdybym mógł, już dawno zabrałbym cię daleko stąd! Ale mam zobowiązania i honor nie pozwala mi…
– Honor ci nie pozwala? Ale jakoś nie masz oporów dupczyć niedorostka za plecami narzeczonej! – Tom wstał na nogi i podszedł do Samuela. Uderzył go pięściami w pierś. – Cholerny hipokryto! – Alexander przyglądał się im w ciszy. Gdyby Tom krzyczał na niego z taką pasją, nie miałby nic przeciwko.
– Przestań – poprosił wilkołak, łapiąc ręce czarodzieja. Ten jednak nie ustępował. Wyrwał się i krzyknął:
– Nie masz za grosz honoru, Sam! – Tłukł go dalej, a kiedy miał już dość, odsunął się i z całej siły kopnął łóżko. Wilkołak był tak zszokowany, że tylko stał patrząc to na Toma, to na Alexandra. Wampir też widocznie nie spodziewał się takiego obrotu akcji. Mimo to, niewiele myśląc, powiedział:
– Ja nie mam narzeczonej. – Tom odwrócił się z jeszcze bardziej gniewną miną i tym razem ruszył w stronę wampira, wymachując rękami.
– Ale masz z tuzin dup do rżnięcia! Nie mam ochoty być następną! – Za pomocą magii przywołał do siebie glinianą miskę i cisnął nią w Alexandra. Wampir w ostatniej chwili osłonił twarz przedramieniem. Zapanowała cisza. Kiedy emocje trochę opadły, Tom miał ochotę rozpłakać się z bezradności. Zacisnął zęby, czując, jak łzy go kłują w oczy. Nie chciał przy nich płakać. Ruszył do drzwi, a nikt nie zastąpił mu drogi. W duchu dziękował za to Bogu, bo gdy tylko minął próg, łzy popłynęły mu po policzkach, raniąc jego dumę mocniej, niż kiedykolwiek.


~∞~


Tom wracał pustym korytarzem do pokoju z nadzieją, że jego towarzysze już zasnęli. Nie chciał z nimi rozmawiać. Nie po tym wszystkim, co powiedział. Nie uważał, że słowa, które padły, nie były prawdą. Wręcz przeciwnie. Jednak sposób, w jaki to wszystko z siebie wyrzucił, był za bardzo dramatyczny. Trochę się za siebie wstydził.
Otworzył drzwi, starając się nie robić hałasu. W pokoju było ciemno, więc niewiele widział. Gdy minął próg, pomieszczenie wypełnił złoty blask świecy, którą w dłoni trzymał… Alexander. Tom szybko rozejrzał się po pokoju. Na jednym z łóżek leżał Demetriusz, ale Samuela…
– Nie ma go, wyszedł. Bardzo się przejął tym, co powiedziałeś – powiedział wampir, podnosząc się z łóżka, na którym leżał Demetriusz. Podszedł do Toma i bez słowa go przytulił. Czarodziej automatycznie przylgnął go błękitnookiego mężczyzny, czując nową falę żalu. Tym razem do samego siebie.
– Muszę go przeprosić – szepnął, łamiącym się głosem. Alexander odsunął się od niego i złapał w dwa palce jego podbródek. Uniósł jego głowę na wysokość swojej twarzy i powiedział, patrząc mu w oczy:
– Nigdy nie przepraszaj za prawdę, słońce. – Przeczesał palcami włosy z tyłu jego głowy, a chwilę później pocałował w czoło. Tom zacisnął powieki. Przesunął palcami po miękkim materiale koszuli wampira. Alexander, odkąd wyruszyli z jego willi, zaczął ubierać się inaczej. Zawsze wyglądał zjawiskowo, więc teraz zachwycał równie mocno.
Czarodziej odsunął się delikatnie od mężczyzny i rozejrzał po pokoju. Zaczął zdejmować przepocone ubrania. Wcześniej się tym nie martwił, ale teraz, gdy wszystkie emocje opadły, dotarło do niego, jaki jest zmęczony. Nie przejął się obecnością Alexandra, tylko nago przeszedł przez pokój w poszukiwaniu świeżego ubrania. W jednym z kątów pomieszczenia stała szafa. Tom po krótkich poszukiwaniach, znalazł długą i zdecydowanie za dużą na niego koszulę, a także bieliznę. Wampir przyglądał się jego ciału, które oblane blaskiem świecy, wyglądało jeszcze piękniej. Westchnął cicho i odwrócił wzrok. Że też ten boski młodzieniec nie wolał jego.
Alexander zajął jedno, wolne łóżko i rozłożył się na nim z jękiem przyjemności. Ten dzień przyniósł im zbyt wiele nieoczekiwanych zdarzeń. Zamknął oczy na dłuższy moment, myśląc nad wszystkim, co się dzisiaj stało. Nie wiedział, jakich słów użyć, by przekonać Toma do zmiany decyzji. Obawiał się, że to niemożliwe, chyba, że… Znajdzie inne rozwiązanie. Kiedy głowę wypełniały mu nowe pomysły, Tom układał się pod pościelą z zamiarem pójścia spać. Wampir mu jednak przeszkodził. W szalonym tempie znalazł się przy łóżku czarodzieja i powiedział:
– Przesuń się. – Tom odwrócił głowę, marszcząc brwi. – Mam lepszy pomysł, niż to twoje oddawanie życia na marne – dodał, co Tom skwitował przewróceniem oczami. Nie chciał się już o to wszystko spierać.
– Zamieniam się w słuch – rzucił, robiąc miejsce dla Alexandra na wąskim łóżku. Wampir nie zwlekał ani chwili. Wlazł pod kołdrę i oparł się o poduszkę za sobą. Tom nie widział go dokładnie, bo świeca paliła się za głową mężczyzny. Jednak pamiętał twarz Alexandra zbyt dobrze, by teraz nie móc sobie jej przywołać.
– Wiem, gdzie czarodzieje przetrzymują broń, o której dzisiaj opowiadałem. Pamiętasz? – Tom uniósł powieki, zdumiony. Skąd Alex mógł mieć takie informacje? Ale… w zasadzie wszystko, co wiedział, zwykle pochodziło z tajemniczych źródeł. Czarodziej nie powinien się dziwić.
– Pewnie, że tak – odparł. Pozostało mu czekać na dalsze wyjaśnienia.
– Udamy się do Czarnej Doliny. Jest tam otwarty portal, o którym nikt nie ma pojęcia. Przeniesiemy się do Alimartis i znajdziemy Berło Wymiarów. Wrócimy tu z nim i wyślemy te cholerne smoki do samego diabła – wyrzucił z siebie niemal na jednym oddechu, uśmiechając się na koniec szeroko. Tom zamrugał oczami, chłonąc informacje. To wydawało się jakieś… podejrzanie proste. – No może nie do diabła, ale… na pewno w jakieś paskudne miejsce – zaśmiał się wampir i ścisnął Toma za rękę. Ten odpowiedział uśmiechem, jednak dość niepewnym.
– Dlaczego nie wspomniałeś o tym na naradzie? – zapytał, przyglądając się ich splecionym dłoniom.
– Ponieważ nie obchodzi mnie ta wojna – odparł krótko, by zaraz dodać, mocniej ściskając przy tym rękę czarodzieja: – Angażuję się dlatego, bo ty to robisz. Bo mi na tobie zależy. – Tom uniósł na niego spojrzenie. Nie spodziewał się takiej deklaracji po Alexandrze. Chociaż jeśli sięgnąć pamięcią, to właśnie wampir częściej rzucał mu wstydliwe wyznania. Częściej, niż nawet jego tata, pomyślał, uśmiechając się smutno na wspomnienie o nim.


~∞~


Tom zasnął przy Alexandrze na jakąś godzinę. Gdy usłyszał szmer rozmowy, uchylił niechętnie powieki. Zobaczył Demetriusza siedzącego na łóżku. Wyglądał… jakoś inaczej. Po chwili dotarły do niego wspomnienia z minionego dnia. Podniósł się do siadu gwałtownie i już coś chciał powiedzieć, ale nagle, jakby znikąd, pojawił się przy nim Alexander i zasłonił mu usta dłonią.
– Nic nie mów – szepnął. Niemal natychmiast podał Thomasowi ubrania i sam podszedł do Demetriusza.
Kiedy każdy z nich był gotowy, Alexander spojrzał po nich i zaczął cicho:
– Idźcie za mną i nic nie mówcie. Czy to jasne? – Tom był zdezorientowany, ale nie zamierzał dyskutować. Nie wiedział, co się dzieje.
Wyszli na wąski i mroczny korytarz i zanurzyli się w ciemnościach.


~∞~

               
 Gdy tylko nastał poranek, Samuel postanowił nie czekać ani chwili dłużej i poszedł prosto do pokoju, gdzie miał nadzieję zastać Toma. Zdziwił się, gdy zamiast chłopaka, przywitał go pusty pokój. Nie było żadnego śladu, po żadnym z jego towarzyszy. Podskórnie czuł, że coś jest nie tak. Wyszedł pospiesznie z pustego pomieszczenia, mając wrażenie, że początkowy niepokój przeobraża się w dławiący strach.
– Samuel – usłyszał głos generała Edwarda. Odwrócił się, przełykając ślinę. – Gdzie podziewają się twoi towarzysze? Należałoby rozpocząć konieczne przygotowania – powiedział mężczyzna. Wilkołak nie był pewien, co powinien zrobić. Jednak wiedział, że ukrywanie niespodziewanego zniknięcia Toma nie pozostanie przeoczone. Dlatego też nie zwlekał dłużej i powiedział siwowłosemu mężczyźnie, co jemu samemu nasunęło się na myśl.
– Generale, obawiam się, że mam złe wieści.


~∞~


Tom zaczynał się niecierpliwić. Odkąd wyruszyli dorożką w środku nocy, tak wciąż jechali do południa następnego dnia. Podróż niesamowicie się wydłużała, a Alexander nie chciał wyjawić mu, ile to wszystko jeszcze zajmie. Powtarzał tylko, że nie musi się niczym martwić.
Gdy minęła kolejna godzina, nie wytrzymał i powiedział wprost:
– Nie podoba mi się, że tak długo to trwa- Alexander podniósł na niego swoje zimne, niebieskie spojrzenie i zmarszczył lekko brwi. Poza tym, nie wyglądał, jakby zamierzał przemówić, ale wzrok Toma musiał być wystarczająco mocno ponaglający, gdyż w końcu zabrał głos niechętnie:
– Więcej cierpliwości, Tom. – Czarodziej uniósł wysoko brwi, po czym prychnął z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. Założył ręce na ramiona i odwrócił wzrok w kierunku okna karocy. Kiedy już złość z niego zeszła, zaczął się martwić, a nawet bać, co sobie pomyśli Samuel. I czy jest cały i zdrowy. Alexander, widząc jego zmieniający się  na gorsze z chwili na chwilę nastrój, pochylił się w jego stronę i ujął go za dłoń. Uśmiechnął się do niego delikatnie, pokrzepiająco wręcz. Tom spojrzał na niego łagodniej, ale nie był w stanie zdobyć się na uśmiech.  Znów odwrócił wzrok i do końca podróży nie odezwał się ani słowem.

~∞~

– Zdrada! Cholerni zdrajcy, a na ich czele ten przekupny, zakłamany krwiopijca! Rozszarpię ich wszystkich, gdy tylko wpadną mi w ręce! - krzyczał król, nie mogąc opanować emocji. Zaciskał dłonie w pięści i krążył po sali obrad, próbując zebrać myśli. Wszyscy byli bardzo poruszeni, jednak nikt nie ośmielił się odezwać słowem.
Samuel miał pewność co do tego, co się stało. Ta cała ucieczka… z pewnością zaplanował to Alexander. I był przekonany, że omotał Toma, chcąc tak naprawdę osiągnąć własne cele i zamiary. Od dłuższego czasu coś kombinował, Samuel to czuł. I stało się. A on nie był wystarczająco czujny. Dał się ponieść emocjom, zaufał wampirowi i przegapił moment, kiedy ta cholerna pijawka go oszukała. Zaciskał zęby i pięści, zastanawiając się gorączkowo nad tym, co robić. Gdzie ich szukać? Dokąd ten zasrany wampir go zabrał? Jaki miał plan? Czy był w stanie go zatrzymać? Nie miał pojęcia.
Nagle król zamilkł na dłuższą chwilę. Wszyscy oczekiwali w napięciu, choć sami nie wiedzieli na co. Bez czarodzieja… Nie mieli innego planu, a smoki niszczyły Sarihmas bez chwili wytchnienia. Ginęli niewinni, a nikt nie miał pomysłu, co robić dalej.

~∞~

Pod wieczór Alexander kazał zatrzymać dorożkę. Wysiedli na skraju ciemnego lasu, który o tej porze przyprawiał Toma o dreszcze. Zdawał sobie sprawę, że plan Alexandra może okazać się ryzykowny, ale wampir wydawał się wiedzieć, co robi. Miał plan i Tom ufał, że wszystko będzie dobrze.
Ruszyli ścieżką w głąb lasu, która z każdym krokiem zwężała się, aż zniknęła zupełnie. Zaczęli przedzierać się przez gęsto rosnące drzewa, zawadzając nieraz o gałęzie i potykając się o wystające z ziemi korzenie. Ściemniało się, przez co coraz mniej widzieli i zaczęli iść po omacku. W końcu Alexander poprosił, by Tom wyczarował kulę światła, by trochę ułatwić mu drogę. On i Demetriusz radzili sobie w takich warunkach, ale czarodziej nie widział dobrze w ciemności.
Młody wampir przez cały ten czas milczał. Był dziwnie osowiały i miał nieprzyjemny wyraz twarzy. Tom nawet nie odważył się do niego odezwać, tym bardziej, że zdawał sobie sprawę, jaka jest ostatnio między nimi atmosfera. Podejrzewał, że Demetriusz ma do niego żal lub też jest zazdrosny o wampira. Nie miał jednak zamiaru nic z tym robić, przecież nie miał wpływu na uczucia Alexandra.
– On kłamie, Tom – odezwał się nagle Demetriusz, przystając w miejscu. Obaj obejrzeli się na niego, zdziwieni.
– Co masz na myśli? - zapytał czarodziej. Nie zauważył, jak mina wampira stężała w jednej chwili.
– Zamilknij, mój drogi. Dobrze ci radzę – warknął Alexander. W ułamku sekundy znalazł się przy wampirze i patrzył na niego ze srogą miną. Demetriusz ze łzami w oczach uniósł głowę i spojrzał w oczy ukochanemu. Tom, zdezorientowany, przestąpił z nogi na nogę, oczekując wyjaśnień. Zaczynał mieć złe przeczucia.
– Berło, o którym mówił… Nie jest w jego zasięgu. A nawet, gdyby było, nie pokusiłby się o takie ryzyko. Portal z Czarnej Doliny nie prowadzi do Alimartis. Prowadzi na Ziemię. Co ty na to, Tom? – powiedział głośno z goryczą w głosie. Alexander wpatrywał się w niego ze wściekłością. Tom zbladł i poczuł, jakby wszelkie siły go opuszczały.
– Alex… to prawda? – zapytał pustym głosem. Łzy zaczęły kłuć go w oczy, ale powstrzymywał je, resztkami sił.  Wampir spojrzał na niego bezradnie. Tom nie chciał usłyszeć nic więcej. Przepchnął się pomiędzy nimi i ruszył w przeciwną stronę.
– Tom! - usłyszał za sobą głos, a po chwili poczuł chłodną dłoń na swoim ramieniu. - Wysłuchaj mnie, proszę. - Czarodziej wyrwał mu się i miał zamiar ruszyć dalej, ale wampir zastąpił mu drogę.  - Nie odchodź, to nie tak… Ja…
– A jak?! Jak dokładnie, Alex?! - wykrzyczał na całe gardło i pchnął mężczyznę z całej siły. Wampir nie opierał mu się, chciał jak najszybciej załagodzić sytuację i doprowadzić swój plan do końca. Chwycił czarodzieja za ręce, żeby ten przestał okładać go w szale. Tom krzyknął żałośnie, nie mając dość siły, by opierać się wampirowi.
– Bałem się, że nie posłuchasz. A dla mnie… dla mnie twoje życie jest cenniejsze… cenniejsze, niż wszystko inne, rozumiesz? Nie pozwolę, byś zmarnował je dla świata, który nigdy nie zdoła docenić takiej ofiary. Żaden świat by  nie zdołał. Chciałem, byśmy byli razem. W innym świecie, wolnym od wojny, pełnym przepychu i spokoju, gdzie moglibyśmy cieszyć się sobą przez wieczność. Zrozum, proszę. Zrobiłem to dla twojego dobra, Tom, bo… bo ja…
– Puszczaj mnie! - krzyknął i użył zaklęcia, które pomogło mu się oswobodzić. Wampir od jego siły odbił się od najbliższego drzewa. - Nie zbliżaj się! Ty samolubny draniu! To moje życie i sam mogę decydować, co zrobię i jak postąpię!
– On cię nie kocha! – krzyknął rozpaczliwie Demetriusz. – Dlaczego jesteś tak ślepy?! Przestań, przestań już, nie widzisz, że nic go nie obchodzisz?! – Alexander odwrócił się w jego stronę i ze złością krzyknął:
– Zamilcz, niewdzięczniku! Po co ci to było?! Cóż tym zyskałeś, Demetriusz?! - Tom ponownie ruszył ścieżką, nie mając ochoty marnować ani chwili dłużej. Miał zostawić wszystkich ludzi na pastwę losu? Miał opuścić Samuela… bez słowa? Nie mieściło mu się to w głowie.
– Tom! Zaczekaj, błagam! - zawołał wampir. – Gdy ujrzałem cię po raz pierwszy, dla mnie… czas się zatrzymał. Wszystko… odmieniło się, czuję, że na zawsze. Nigdy tak mocno mi nie zależało, nigdy tak bardzo nie kochałem. – Tom zatrzymał się na moment. Przełknął ciężko łzy. Nagle poczuł szmer przy sobie. Uniósł wzrok i zobaczył Alexandra. Był bardzo poruszony. Stał przed nim bezradnie, z błagalną miną. Po chwili objął chłopaka ciasno ramionami i wyszeptał:
– Powiedz, że nie czujesz tego, co ja. Wtedy pozwolę ci odejść. - Tom zaszlochał i wczepił palce w ubranie wampira. Czerwony szal, który kiedyś podarował mu Samuel, osunął się na ziemię lekko muskając śnieg zalegający w lesie.
– Wiesz, co czuję, Alex. Mam rozdarte serce – powiedział, przełykając łzy. Wampir opuścił ręce i przyjrzał mu się niespokojnym wzrokiem.
Nagle powietrze zgęstniało, wręcz zaczęło wibrować.
– Zostań, Tom – wydusił ze ściśniętego gardła Alex. Ale Tom go nie posłuchał.
Avolare – wyszeptał czarodziej i rozpłynął się w powietrzu.



~∞~


Rzucając zaklęcie, nie zastanawiał się długo, gdzie chce się dostać. Pomyślał o Sarihmas, mieście, które zdążył trochę poznać i przez swoją nieostrożność wylądował w samym środku walki.
Widząc tę przerażającą scenerię, która nie była mu już obca, poczuł paraliżujące go przerażenie. Ogień. Wrzaski. Dym. Krew. To wszystko... było tak podobne.
Zaczął płytko oddychać, mając wrażenie, że się dusi. Przykucnął i otulił się ramionami. Musiał odzyskać oddech. Wziąć się w garść. Już nie był bezradny, jak wtedy. Miał w sobie moc, którą potrafił władać. Mógł dać radę sobie sam.
Nagle poczuł uderzenie z boku ciała. Ktoś na niego wpadł i ledwo utrzymał się na nogach w dalszej ucieczce. Odwrócił się za siebie i zobaczył nadlatującego smoka. Szarpnął się z ziemi i zaczął uciekać. Mijał palące się budynki, walące się domy i przerażonych, rannych ludzi. Słyszał rozdzierający serce płacz dziecka, które leżało pod stertą gruzu. Zauważył, że obok niego leżała kobieta z roztrzaskaną twarzą i bokiem głowy. Biegł za tłumem tak szybko, jak zdołał.
Wpadł na ogromny plac, gdzie żołnierze zaganiali ludzi do ciasnych wozów. Wiedział, że czas stąd uciekać.
Ruszył w lewą stronę, chcąc skryć się wąskiej uliczkę przed żołnierzami z Alimartis. Przeciskał się z trudem między przerażonymi ludźmi, słysząc ryk zbliżającego się smoka. Z każdą kolejną sekundą coraz mocniej zdawał sobie sprawę, że nie ma szans wydostać się z tego tłumu. Rozejrzał się panicznie i wtedy zauważył kogoś, kogo nie spodziewał się już więcej zobaczyć.
Jego brat, Martin, stał między krzyczącymi żołnierzami i zaganiał ludzi do wozów. Tom był w szoku, ale jednocześnie poczuł pewnego rodzaju radość, że jego brat nie zginął.
Chwilę zapomnienia i radości przerwał rozdzierający ryk smoka, nadlatującego w ich stronę. Chciał użyć zaklęcia i przenieść się w inne miejsce, ale ogień pojawił się błyskawicznie szybko. Kiedy owinęła go ciemność, myślał, że strawił go gorący płomień. Nie wiedział, jak bardzo się mylił.
           
~∞~

Myślał, że otworzył oczy. Jednak wciąż było ciemno, więc nie był pewien, czy rzeczywiście to zrobił. Próbował się poruszyć, ale miał wrażenie, jakby był poza swoim ciałem. Mijały kolejne chwile, a zaczynał się coraz bardziej denerwować. Gdzie właściwie był? Co się z nim stało? Czy umarł? Zaczynała ogarniać go panika, miał wrażenie, że się dusi, choć przecież nie oddychał.
– Thomas – usłyszał swoje imię i… otworzył oczy.
Wciąż otaczała go nieprzenikniona ciemność. Poruszył się, miał co do tego pewność, mimo że nic nie widział. Próbował rzucić zaklęcie, żeby wyczarować kulę światła, ale… nie działało. Był zdezorientowany. Co się właściwie stało? Poczuł dotyk na ramionach i obejrzał się gwałtownie za siebie.
– Kim jesteś? – zapytał, patrząc na młodego mężczyznę. Odsunął się trochę, czekając w napięciu na odpowiedź. Nie miał pojęcia, gdzie był, a ten nieznajomy wydawał się… niepokojący. Niby wyglądem nie różnił się od innych, przeciętnych, młodych mężczyzn, jednak… Bił od niego chłód.
– Mam na imię Lorcan. A ty… masz coś mojego. – Tom zmarszczył brwi. Nie miał pojęcia, o czym on mówił. Nie znał tego człowieka i nikomu nic nie ukradł. Rozejrzał się wokół, ale nie widział nic, poza tym młodym mężczyzną przed sobą. Jakby byli zawieszeni w nicości. Nie miał pojęcia, gdzie był. Czuł się tak, jakby był zupełnie pusty. Przełknął ślinę i przestąpił z nogi na nogę.
– To jakieś nieporozumienie – odparł czarodziej. – Nie znam cię.
– Nie mam w zwyczaju się mylić, chłopcze. Jednak nie gniewam się na ciebie, wręcz przeciwnie. Jestem zachwycony, że to ty go masz – powiedział nieznajomy. Wyglądał na młodzieńca, ale brzmiał jak dojrzały mężczyzna. Było w nim coś niepokojącego. Mrocznego i… zimnego, jak lód.
– Nie wiem, o czym mówisz – odparł Tom. Czuł się coraz bardziej nieswojo. Zastanawiał się, czy może nie powinien po prostu uciec, ale… nie miał pojęcia, skąd się tu wziął i miał wrażenie, że cała magia z niego uszła. Z każdą chwilą coraz mocniej ogarniał go niepokój.
– Przywołał mnie Kamień Wyzwolenia. A właściwie jego fragment, który nosisz na palcu lewej dłoni – wyjaśnił Lorcan. Tom zerknął na swoją rękę i zobaczył pierścień, który podarował mu Alexander. – Widzisz, Thomas… bardzo mi zależy na tym małym kamieniu, który zdobi twoją rękę. Jednak on jeden na nic mi się nie zda. Jak wspomniałem, to tylko fragment. Fragment skarbu, który dałby mi potęgę, o jakiej ci się nie śniło. – Tom słuchał go, zdezorientowany. O czym bredził ten człowiek?
– Czego ode mnie chcesz? – zapytał. Chciał jak najszybciej wrócić do Sarihmas, żeby przywołać demona i rzucić zaklęcie. Samuel został tam i nie wiedział, co się stało. Nie mógł się spóźnić, musiał zdążyć ocalić jego i innych ludzi, zanim będzie za późno. – Nie mam czasu na gierki.
– Ha! Dzika z ciebie istota. Charakterna. Od początku czułem, że nie jesteś byle dzieciakiem. Masz w sobie potencjał, żeby robić wielkie rzeczy – odparł Lorcan, podchodząc bliżej. Tom cofnął się trochę, jednak nie spuszczał spojrzenia z twarzy nieznajomego. – Wiem, czego pragniesz, Tom. Mogę ci to dać. Ale magia ma swoją cenę.
– Bredzisz od rzeczy, wiesz o tym? – powiedział czarodziej i skrzywił się z dezaprobatą. Naprawdę nie miał czasu na jakichś czubków. Lorcan uśmiechnął się pod nosem z rozbawienia, ale nawet w jego uśmiechu było coś upiornego. Tom poczuł nieprzyjemny dreszcz przebiegający mu po plecach.
– Chcesz ocalić niewinnych przed wojną. – Tom zdumiał się, słysząc te słowa. Skąd on wiedział…? – Posiadam moc, która ci w tym pomoże. W końcu jestem panem Piekieł – powiedział Lorcan z szerokim, mrocznym uśmiechem. Czarodziej zadrżał ze strachu. To niemożliwe… Ale wtedy, w stolicy… Płomienie niemal go dosięgły, było już za późno, żeby się aportował w inne miejsce. Ktoś musiał mu w tym pomóc i jeśli to prawda… jeśli stał przed nim władca Piekieł… Poruszył się niespokojnie. Jakie właściwie miał opcje? Czytał kiedyś, w domu Alexandra, o tym miejscu. Większość wiedzy, jaką nabył dzięki poświęconym Piekłu księgom i zwojom, opierała się na spekulacjach. Nikt bowiem nigdy nie wrócił z Piekła żywy. Kolejny dreszcz wstrząsnął jego ciałem, ale nadal starał się zachować spokojny wyraz twarzy. Nie mógł zacząć panikować.
– Rozumiem, że chcesz zawrzeć ze mną pakt – powiedział Tom lekko zachrypniętym głosem. Lorcan uśmiechnął się bokiem ust. Nagle znalazł się tuż przed czarodziejem.
– Jeden pocałunek, Tom. Tyle musisz mi dać, a otrzymasz siłę, by powstrzymać wojnę – powiedział niskim głosem demon, wpatrując mu się w oczy z diabelskim błyskiem. Czarodziej wziął głębszy oddech, chcąc opanować emocje.
– A co ty będziesz z tego miał? – zapytał, zadzierając wyżej głowę. Lorcan zaśmiał się cicho, po czym nachylił się nad chłopakiem. Ich usta dzieliły centymetry. Tom wstrzymał oddech.
– Twoją duszę, Tom – szepnął i połączył ich usta w pocałunku.

           
~∞~

Alexander wracał do stolicy. Pędził najszybciej, jak tylko pozwalały mu na to jego moce. Demetriusz biegł tuż za nim, choć najchętniej zostawiłby go samego. Próbował namówić wampira, żeby sami wrócili na Ziemię, ale ten zupełnie go zignorował. Niemal od razu po tym, jak Tom zniknął, ruszyli w drogę powrotną. Alex wciąż sobie powtarzał, że musi powstrzymać tego upartego dzieciaka, że nie da mu umrzeć. Wiedział, że bardzo narażał siebie i Demetriusza, ale wszystko w jego sercu krzyczało, że nie może żyć bez Thomasa. Po prostu biegł przed siebie, powtarzając w myślach, jak mantrę, że uda mu się go ocalić.
Demetriusz w końcu się zatrzymał. Alexander, wyczuwając to, również stanął w miejscu.
– Co ty wyprawiasz?! Nie ma czasu! – krzyknął wampir w stronę blondyna. Ten pokręcił głową z rezygnacją. Miał łzy w oczach.
– Zaczekam na ciebie w Rzymie, Alex. Do widzenia – powiedział i pobiegł w przeciwną stronę. Alex ryknął ze wściekłości. Nie miał pojęcia co robić. Nie powinien zostawiać Demetriusza samego, ale… Tom był w niebezpieczeństwie. Alex nie był pewien, czy będzie mógł bez niego żyć. Wrzasnął z całych sił, czując ogarniającą go rozpacz i ruszył w stronę stolicy. Musiał go ocalić.


~∞~


Słońce chyliło się ku zachodowi. Samuel walczył u boku swoich braci, którzy przybyli na pomoc miastu, gdy tylko dotarła do nich wieść o przewadze wroga. Wszystkie oddziały wróżów, jakie były w Sarihmas, również ruszyły do walki na czele z królem. Ludzie uciekali w lasy, choć i one zajęte były ogniem. Wilkołak zdawał sobie sprawę, że przegrywają i… nie mają szans. Mimo to walczył wciąż zawzięcie.
Nagle rozległ się potężny huk. Niebo rozbłysło wieloma kolorami i zaraz po tym rozwarło się na pół. Wszyscy zgromadzeni w Zielonej Dolinie zamarli w bezruchu, nawet smoki, spłoszone przeraźliwym hałasem, chyliły potężne łby do ziemi.  Samuel rozejrzał się i dostrzegł, że źródło tej energii jest na Górze Finis. 
– Niemożliwe… – szepnął zdławionym głosem. Gęsta, wibrująca materia szalała nad nimi, wywołując silny wiatr. Czarodzieje rozglądali się po sobie, nie wiedząc, co się dzieje. Wciąż trwali w bezruchu, wpatrując się w ogromną dziurę w niebie. Brama Wszystkich Wymiarów mieniła się kolorami. Została otwarta – Musimy uciekać… Odwrót! Odwrót!!! Uciekajcie!!! – wrzasnął wilkołak, ile miał sił w płucach. Ludzie byli zdezorientowani. Jednak król również zrozumiał, co się dzieje. Wydał rozkazy i wszystkie wojska wróżów zaczęły wycofywać się pod mury zniszczonego zamku. Samuel nie zamierzał się chować. Musiał iść do Toma, dlatego bez chwili zwłoki ruszył w stronę Góry Finis.

~∞~

Nigdy nie czuł czegoś podobnego, tak potężnej, wszechogarniającej siły. Miał wrażenie, że moc, którą posiadł dzięki władcy Piekieł, za moment rozszarpie go na strzępy. Nie bał się jednak, uczucie, które go wypełniało, było cudowne. Czuł się wszechmocny, niepokonany. 
Brama Wszystkich Wymiarów otworzyła się. Patrzył na nią z zachwytem, te kolory, energia, która stamtąd wypływała… nie mógł uwierzyć, że istniała taka siła na świecie. Nie zwlekał dłużej, zaczął szeptać zaklęcie. Musiał przerwać tę wojnę. 
– Lux in tenebris.  Rozbłysło oślepiające światło. Wszystko zdawało się zniknąć w nieprzeniknionej bieli, a po chwili, która zdawała się być wiecznością, rozległ się potężny huk. Tom zobaczył, jak jakaś niewidzialna moc podrywa ku niebu smoki i część czarodziejów, którzy nie uciekli z pola walki. Potężne gady usiłowały odlecieć w przeciwną stronę, jednak były zupełnie bezbronne wobec ogromnej, magicznej siły. Nowy, zupełnie pusty wymiar wciągał wszystko, po co zdołał sięgnąć. Ryk smoków ginął w przeraźliwym wrzasku otwartego wymiaru. Potężny wiatr łamał drzewa i kładł je na ziemi bezlitośnie. Tom, lśniąc od magicznej mocy pana Piekieł, spojrzał w dół szczytu, gdzie zobaczył pędzącego w jego stronę wilka. Poznał go, od razu… Samuel. Łzy nabiegły mu do oczu, gdy poczuł rozdzierający ból w piersi. Brama Wszystkich Wymiarów zaczęła się zamykać. Czarodziej poczuł ogromną energię, która poderwała go wysoko w powietrze. Magia wystrzeliła z jego ciała z taką siłą, że gwałtownie odchylił głowę do tyłu i odrzucił ręce na boki. Potężna fala energii spłynęła na Sarihmas, a Brama zamknęła się. Wszystko nagle ucichło i wraz z tą chwilą Tom zaczął spadać na ziemię. Nie czuł już nic, ani strachu, ani żalu. Została tylko pustka.